Jubileusz 50-lecia archeologii podwodnej

Jubileusz 50-lecia archeologii podwodnej w Uniwersytecie Mikołaja Kopernika

31/01/2026


To jest zdjęcie mojego Taty – tak sądzę. Rozpoznaję go po jego ulubionym futrzanym berecie, który nosił przez lata i który pojawia się także na innych fotografiach z archiwum Wojtka Szulty. I po kufajce: wysłużonej, znoszonej, ale takiej, która przetrwała wszystko.

Zdjęcia pochodzą z Zatoki Puckiej. W opisie widnieje: luty 1991 roku. Zamarznięta zatoka pozwalała wtedy na wykonywanie odwiertów w przeręblach – rozwiązanie tyleż prowizoryczne, co innowacyjne, zwłaszcza jak na archeologię podwodną.

Na pozostałych zdjęciach widać innych uczestników tej wyprawy. Wyprawy zupełnie innej niż te, które zwykle kojarzymy z archeologią podwodną: letnie, wakacyjne kadry, plażowe żetony, słońce, upał, stroje kąpielowe i pianki. Tamte zdjęcia znamy dobrze.

To zdjęcie jest inne. Jest zimne. Surowe. Milczące. I może właśnie dlatego tak wiele mówi o początkach tej historii – o improwizacji, odwadze, pracy w warunkach, w których nikt nie myśli jeszcze o jubileuszu. Tylko o tym, czy da się zejść pod powierzchnię.

Drugi obraz jest zupełnie inny. I też bardzo toruński.

Duży fiat. Rejestracja TOK 6882. Samochód o zmienionej karoserii, przerabianej w Polmozbycie za Wisłą.

Wcześniej miał piękną, orzechową barwę – choć są i inne określenia poprzedniego koloru, z których „piaskowy” jest już pewnym eufemizmem. Innego, funkcjonującego w kręgu OdNowy, pozwolą Państwo, nie będę dziś przytaczał.

Każdy, kto znał mojego Tatę i był na badaniach, wie jednak, jak ważną rolę – obok pontonów i motorówek, platform i kratownic – odgrywały samochody. Bo bez nich ta archeologia po prostu by się nie wydarzyła.

Ale ważniejsze jest to, co znajduje się w bagażniku. I aż chciałoby się powiedzieć: szkoda, że Państwo tego nie widząMoże jednak ktoś dostrzeże kraciastą torbę – granatowo-żółtą. W niej Tata woził płetwy i wszystko to, co niezbędne do pływania. Także wtedy, gdy wyjeżdżał na cotygodniowe, klubowe baseny – najpierw do Inowrocławia, później na Elanę. Pamiętam do dziś zapach tej torby. Wilgoć. Guma czarnych płetw. Zimą – basenowy chlor. Latem – zapach wolności obozów nurkowych.

Ten zapach był zapowiedzią drogi. Drogi, na której nauka mieszała się z przyjaźnią, a klub – z rodziną.

[3]

Na Na poprzednim zdjęciu Tata stał z Wojtkiem. Na tym zdjęciu widać coś jeszcze ważniejszego: ich relacjęTen uśmiech na twarzy Wojtka. I to spojrzenie.

Wiecie Państwo, mój Tata w pewnym momencie pisał o swoich mistrzach i poprzednikach – o tych, od których się uczył, którzy wprowadzali go w zawód i w myślenie o archeologii. Ale tekst wspomnieniowo-biograficzny poświęcił nie mistrzowi, lecz swojemu uczniowi i koledze.

I to bardzo wiele mówi o tym, jak rozumiał naukę. Nie jako drabinę, po której się wchodzi coraz wyżej, ale jako ciągłość relacji, w której role się zmieniają, a zaufanie zostaje. Kiedy patrzę dziś na tę salę, widzę Andrzeja, widzę Waldka, i wielu z Was, którzy byliście studentami mojego Taty, a potem współpracownikami przez lata.

Ale nie ma dziś z nami Wojtka.
Nie ma Miszy.
Nie ma Kazia.
Nie ma też Jurka.

I nie ma naszej Mamy - Wiesi. Bez Niej nie udałoby się Tacie to wszystko: rodzina i praca. Była zawsze.

Gerard przysłał list.

I wtedy uświadamiam sobie coś bardzo prostego: że w tej historii – pięćdziesięciu lat archeologii podwodnej w Toruniu –
najważniejsze zawsze byli ludzie
Nie sprzęt. Nie metody. Nie nawet odkrycia.

Ludzie.

Dla mnie to jest już jednak historia prywatna.

Jeśli Państwo, patrząc na to zdjęcie, myślicie, że wygrywam — mam przecież więcej figur na planszy, gra toczy się na polu przeciwnika, a Stasiu ma zafrasowaną minę — to proszę nie dać się temu zwieść. Stasi na pewno ze mną wygrał.

Bobięcino pozostaje w mojej pamięci jedynie błyskiem. Jednym obrazem, którego — teoretycznie — nie powinienem pamiętać. Bo takich wspomnień z bardzo wczesnego dzieciństwa zwykle się nie ma. A jednak pamiętam. Tata niesie mnie w środku nocy po małej skarpie, już na wyspie. Jest dzień — albo noc — przeprawy przez jezioro. Przenosi mnie z namiotu, w którym spałem — chyba u Małgosi — do naszego namiotu. Pamiętam go dokładnie: trójkątny, z przedsionkiem. Budzę się w nim następnego dnia. Ten jeden nocny przebłysk — miałem wtedy może dwa i pół roku — został ze mną do dziś. I to właściwie wszystko, co pamiętam z Bobięcina.

Ale Lednica… Lednica to już zupełnie inna historia. Gdybym miał to podsumować jednym zdaniem, powiedziałbym,
że spędziłem tam pełen rok dziecięcego życia — z okładem
Rok w najlepszych możliwych warunkach: wyspa, woda, słońce, dzika przyroda. Ale też ludzie. Wspólnota. Zabawa. Ogniska.

I jedzenie: ryby, baranina, słodkie konfitury truskawkowe.

Ludzie — nowi i starzy. Z Polski i z zagranicy. Przyjaciele, znajomi, a czasem i rodzina. Wielu z Was jest tu dziś.

I dlatego, kiedy mówimy o pięćdziesięciu latach archeologii podwodnej w Toruniu, ja myślę nie tylko o badaniach, projektach i sprzęcie. Myślę o życiu, które toczyło się wokół nich. I pod wodą. I nad wodą.

Jurek, Gerard, Tata, Stasiu, Adam. Nie może być lepszego zdjęcia.

Na Ballantine’sa proszę nie patrzeć. A przynajmniej nie za długo. Patrzcie raczej na domek. Na rozkładane krzesełka. Na innowacyjny stolik. Na zachód słońca w tle. I na tę ekipę do zadań wszelkich – nie tylko specjalnych.

Rytm życia obozowego był innym życiem. Wyjętym poza nawias codzienności. Życiem trochę magicznym – pełnym drobnych cudów i wspaniałości, jak bajka, w której naprawdę zdarza się szczęśliwe zakończenie.

Wycinanie pokrzyw i robienie szaszłyków baranich. Patroszenie ryb i śpiewanie przy ognisku. Gra w szachy i w karty. Ale nade wszystko – praca i wspólnota, które te obozy tworzyły.

Mam nadzieję, że do dziś udaje się Wam ten rytm zachować. Bo sam fakt, że jesteście tu dziś tak licznie zgromadzeni, wyraźnie pokazuje, jak ważna była – i wciąż jest – ta wspólnota. To, że udało się ją Gerardowi i mojemu Tacie zbudować wokół Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, było i pozostaje czymś naprawdę niezwykłym.

Nie tak miał wyglądać scenariusz dzisiejszego spotkania. Nie takie miało być jego otwarcie. I nie takie zdjęcia.

Bez obecności Gerarda — a dla mnie także bez Taty — to spotkanie staje się czymś innym, niż planowaliśmy. Nie celebracją, lecz wspomnieniem. Nie jubileuszem, lecz nostalgią.

Niedawno, w lodowatym wnętrzu kościoła św. Jakuba, żegnaliśmy Tatę — wspólnie z wieloma z Was. Wtedy próbowałem mówić o Nim przede wszystkim jako syn. Z perspektywy relacji, domu, codzienności. Dziś wracam tu w innej roli. Jako uczestnik tamtych wydarzeń. Jako świadek. I robię to w sposób, który jest mi najbliższy: jak archeolog pamięci.

Odkopuję kolejne warstwy. Jedna po drugiej. Nie wszystko jest wyraźne. Nie wszystko daje się odczytać bez kontekstu. Czasem trzeba zatrzymać się przy fragmencie, który sam w sobie niewiele mówi, ale w odpowiednim układzie zaczyna nabierać sensu.

Zdjęcia, które dziś oglądamy, są właśnie takimi obiektami. Z jednej strony — artefaktami przeszłości. Z drugiej — wehikułami pamięci, które pozwalają wracać do tego, co już przykrył czas. Nie po to, by rekonstruować wszystko dokładnie, lecz by zrozumieć sens całości.

I kiedy dziś wracam myślą do tamtego pierwszego obrazu — samotnej postaci idącej po zamarzniętej zatoce — wiem, że ta droga prowadziła dokładnie tutaj. Do ludzi. Do wspólnoty. Do sensu.